RSS
 

Archiwum - Maj, 2014

Już nie jestem Schopenhauerem, czyli o wyjściu z depresji poporodowej

29 maj

depresja poporodowa

Simon Critchley słusznie zauważa, że Schopenhauer to Kłapouchy filozofii kontynentalnej. Żaden filozof nie stworzył tak bezlitośnie mrocznej i pesymistycznej myśli, o czym mogą świadczyć chociażby te słowa:

Zaczynamy w szaleństwie cielesnego pożądania i wybuchu zmysłowości, kończymy w rozpadzie wszystkich naszych członków i zatęchłym odorze zwłok.

„Szopi” jak zwykłam go pieszczotliwie nazywać, wiele w życiu przeszedł – musiał zrezygnować z wymarzonej nauki ze względu na swoje kupieckie pochodzenie; gdy już udało mu się dopiąć swego, okazał się mniej zdolny od Hegla, na którego wykłady przychodziły setki, a na zajęcia z Szopim ledwo trzy osoby; wydawniczą klęskę odniosły również jego dzieła, z których osiemdziesiąt procent poszło na przemiał; wiódł samotne, pozbawione radości życie, nazywając każdego swego psa tak samo – Akme  – „dusza świata”…

Rozczula mnie ten cierpiący Artur. I pomimo, że nie odnajduję się w jego poglądach, były chwile w moim życiu, które na wzór schopenhauerowskiej filozofii zdawały się być ciemne, złe i niepohamowane w swym okrucieństwie wobec słabej jednostki, którą jestem. Historia mojego życia jest zagmatwana – najpierw małe, a potem dorosłe dziecko alkoholika i wynikająca z tego anoreksja to tylko niewielka część moich zmagań z rzeczywistością, o której już od dawna potrafię mówić bez wstydu. Depresji poporodowej spodziewałam się. Cała ciąża przeleżana, niebezpieczna, zagrożona, zakończona traumatycznym krwotokiem. Wcześniej naczytałam się o symptomach, więc mogłam czekać na moją starą znajomą uzbrojona w niezawodną broń – wiedzę. Mimo tego jej nie rozpoznałam…

Sara urodziła się miesiąc za wcześnie. Podczas porodu zostałam zarażona jakąś bardzo groźną szpitalną bakterią, w związku z czym dostałam zalecenie: Proszę nie dotykać dziecka. Nie chcę opisywać, co wtedy czułam, bo moje słownictwo nie obejmuje takich stanów emocjonalnych, pomimo że jest dość bogate. Kiedy przyniosłam córkę do domu wciąż przypominałam sobie: Proszę nie dotykać, Tylko niech pani nie dotyka, Nie wolno całować, Absolutnie nie wolno całować, Trzeba myć ręce… Płakałam, że moja córka umrze przeze mnie i przez pierwsze dni bałam się do niej podejść. Potem nasza tygodniowa rozłąka z powodu mojego zakażenia, utrata wiary w karmienie piersią i ten okropny lęk… że moja córka mnie nie pokocha, bo nie ma mnie przy niej. Trauma po porodzie, separacja od dziecka, walka o pokarm sprawiły, że długo potem wciąż się bałam – spać z małą, karmić małą, bawić się z nią, nosić… Niby wszystko było dobrze – przecież nie każdy musi to robić, ale moje powody były niepokojące, bowiem to nie filozofia wychowania podpowiadała mi te rozwiązania, ale okrutny strach, że zabiję swoje dziecko, zarażając je okropną bakterią. Drobnoustrój pojawił się też w moim mleku, tak więc upadły wszelkie bastiony więzi i musiałam córkę odstawić od piersi. Będzie dobrze – mówiłam, malowałam oczy, pucowałam wózek… Ale nie było, a ja wciąż JEJ nie poznawałam! Aż stanęłyśmy twarzą w twarz! Późno, ale objawiła mi się jako ta, która izolowała mnie emocjonalnie od dziecka. Wszelką moc straciła, gdy odważyłam się przenieść Sarę do swojego łóżka bez obaw, że ją uduszę.

Drogie mamy w depresji, Wy też nie musicie być Schopenhauerami. Najpierw jednak zlokalizujcie go w sobie, a potem pozbądźcie się dzięki specjaliście albo wsparciu rodziny. Jestem z Wami, trzymam kciuki!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Sara - moja córeczka