RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2014

Czy Pinokio był niegrzeczny?

24 lip

pinokio_8

Dziś wieczorem krótka bajka dla rodziców:

Dawno, dawno temu żył stolarz imieniem Gepetto. Bardzo pragnął mieć idealnego synka, więc postanowił go dla siebie stworzyć. Strugając kolejne kawałki najznakomitszego drewna, myślał sobie: Chłopiec będzie grzeczny, spokojny i będę mógł się nim chwalić przed wszystkimi. Pinokio – bo tak miał na imię synek stolarza – bardzo się starał być dokładnie takim, jakiego chciał ojciec. Jednak odzywało się w nim jego akacjowe serce – serce pragnące wolności. Gepetto jednak stworzył sobie kukiełkę i uczucia chłopca w ogóle się nie liczyły. Dziecko miało chodzić jak w zegarku, kłaniać się sąsiadom, siedzieć prosto przy stole i zapomnieć, że w jego ciele żyje cały las, że przecież można czasem zboczyć z wytyczonego szlaku, że można się zapomnieć i popełniać błędy. Któregoś razu dziecięca natura Pinokia zwyciężyła i mały chłopczyk nie poszedł do szkoły, w zamian za to udał się do cyrku, gdzie spędził cały dzień. Widział balansujących na krawędzi akrobatów, jadł watę cukrową i kręcił się w kółeczko ze szczęścia. Kiedy wrócił do domu, ojciec nałożył na jego rączki i nóżki sznurki i pokierował do kuchni. Co robiłeś w szkole? – zapytał. Pinokio skłamał – bał się ojca i zawsze za wszelką cenę pragnął uniknąć kary albo zasłużyć na nagrodę. Prawda, dobro i piękno szybko przestały się dla niego liczyć. Nic więc dziwnego, że chłopiec wpadł w złe towarzystwo, które dawało mu iluzję wolności i wpływu na swoje życie. Razem z lisem i kotem oszukiwali swoich rodziców i kradli, by kupować słodki zielony proszek, objadać się nim i zapominać, kim są. Któregoś dnia odszedł z domu. Złudzenia spętały go bardziej niż ojciec i pogubił się w gąszczu sznurków – nie mógł się ruszyć. Odnalazła go jednak dobra wróżka i powiedziała: Jeszcze nie jest za późno. Latami trwało wychodzenie z kłopotów i odnajdywanie samego siebie, ale Pinokio stał się wreszcie prawdziwym chłopcem – nie marionetką. Pojednał się z ojcem, a teraz, gdy sam nim jest, wie, że dziecko jest tylko dzieckiem i że w tej dziecięcej duszy szumi cały las. Nie wolno tego szumu zagłuszać – trzeba pomóc malcowi odnaleźć w nim swój głos – mądrze, stanowczo i bez lęku.

To tyle bajka, a teraz życie.

„Nana” – tak o sobie mówi Sara – ma tendencje do wpadania w histerię. Nie rozumie jeszcze, że czegoś nie może mieć, że coś jest niebezpieczne itd. Swoją złość na niemiłe dla niej sytuacje wyraża gwałtownie – poprzez silny płacz, wyrywanie się, uderzanie głową, czasem zanoszenie. Muszę sporo nad sobą pracować, by sama nie wpaść w złość i nie zacząć np. krzyczeć. Zdarza mi się być przerażoną zachowaniem Sary. „To dziecko jest niegrzeczne” – usłyszałam kiedyś. A potem jeszcze: „Dać klapa i się uspokoi”, „Wyrośnie na rozwydrzonego bachora”, „To dziecko manipuluje tobą, nie widzisz tego?” Patrzę teraz na moją córkę, która siedzi i układa z tatą klocki i mimo wytężenia wyobraźni nie widzę bachora ani manipulanta. Nie widzę tego nawet, gdy jestem na Sarę zła, bo np. wyrywa mi się z rąk na ruchliwej ulicy albo gdy rozrzuca jedzenie. Nie, nie – nie jestem idealną matką, która zawsze zachowuje zdrowy rozsądek – czasem muszę wyjść i poprzeklinać, czasem mocno ugryźć się w język, albo wziąć kilka głębokich oddechów, by jakoś wyładować swoją frustrację. Nazwanie dziecka bachorem albo terrorystą, albo manipulantem, albo gnojkiem nie pomoże temu małemu człowiekowi stać się lepszym. Bicie również. Krzyczenie również. Tak – rozmowy, dawanie dobrego przykładu swoim życiem jest trudniejsze, bo wymaga od nas ogromnego wysiłku i czasu. Ale wg mnie jest jedyną drogą. Nie prowadzę z tak małym dzieckiem walki, bo to nie jest mój przeciwnik. To ktoś, z kim dzieliłam ciało, kogo karmię swoim mlekiem i za kogo oddałabym życie.

Bezstresowe wychowanie? Pozwalanie na wszystko? Nic z tych rzeczy. Ustalam granice, mam nadzieję, że mądre. Jednak najważniejsze jest dla mnie, by nie dopuścić do „wojny” między sobą a dzieckiem. Nie chcę kryć się w okopach złości, strzelać wyższością, torpedować lękiem. Jestem mamą, nie sierżantem. I jeśli są emocje (a uważam, że dziecko nie ma „złych” emocji, tylko takie jakie akurat ma) – próbuję je zrozumieć, kiedy dzieje się krzywda – przytulić, kiedy coś zagraża – ochronić. Nie dla nas „punkty” za dobre zachowanie, karny jeżyk albo „wychowawczy klaps”.

 Dziś użyłam krzyku. Niepotrzebnie i wstyd mi. Przeprosiłam. Moje dziecko zasługuje na szacunek.
Ma uczucia – nie jest kukłą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Sara - moja córeczka