RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Stoicyzm i epikureizm’

W zdrowiu i w chorobie – rzecz o małżeństwie i cierpieniu

23 cze

     Dziś zmieniam kurs z mamy na żonę ;) Żona (czyli ja) siedzi ledwo żywa przy komputerze, bo znowu ma zapalenie piersi (a co się będę wstydzić, ludzkość zna bardziej krępujące słowa niż „pierś”). Typowa dolegliwość kobiet karmiących jest nie mniej, nie więcej… koszmarem, który objawia się ogromnym bólem, osłabieniem, gorączką, dolegliwościami mięśniowo-stawowymi itp. Mam siłę siedzieć i pisać, bo nałykałam się tabletek przeciwbólowych i przeciwgorączkowych niczym cukierków.

      W stanie choroby świat widzi się inaczej, w moim przypadku głębiej. Fakt, że od kilku lat choruję przewlekle, dość poważnie niestety, sprawia, że moje rozmyślania o sensie życia, śmierci i miłości stały się wręcz czynnością fizjologiczną, z której nie mogę zrezygnować. Sytuacja ta pokazała mi coś bardzo cennego i zarazem starego jak świat – miłość jest silniejsza niż śmierć. Kilkakrotnie przekonałam się o tym dzięki mojemu mężowi – Szymonowi. Nie zliczę godzin, które spędził przy moim łóżku w trakcie licznych pobytów w szpitalu, nie ogarnę czułości, jaką mi okazywał po operacjach, nie zapomnę również wszystkich jego westchnień ulgi, gdy budziłam się z narkozy czy odbierałam dobre wyniki badań.

     Także dzisiaj, gdy cierpię ON jest przy mnie, mogę liczyć na Jego pomoc (ugotuje, posprząta, przytuli, zajmie się małą). Jeśli istnieje coś takiego jak sens cierpienia to chyba właśnie przejawia się w takich sytuacjach. Dzięki cierpieniu widzę miłość wyraźniej, umiem lepiej ją okazać i o nią walczyć.

     Oj, nie ja pierwsza i nie ostatnia rozmyślam sobie o cierpieniu. W historii myśli filozoficznej byli tacy, którzy tworzyli całe systemy o tym zagadnieniu. Pokażę Wam pokrótce najważniejsze idee i filozofów. Może okaże się, że podobnie postrzegacie cierpienie jak np. stoicy albo egzystencjaliści… Wtedy zawsze można sięgnąć do ich pism i nie czuć się samotnym, mając świadomość, że ktoś, kiedyś…

Judaizm i chrześcijaństwo

    Uwielbiam tematy religijne, zawsze mam wypieki, gdy rozmawiam o tym z uczniami i moją kochaną Anią (Ania uczy religii w szkole, w której pracuję; ja „niewiedząca w co wierząca” i ona – katoliczka to mieszanka wybuchowa).

„Boże, nie mów mi, dlaczego cierpię, ponieważ na pewno nie jestem godzien, aby się tego dowiedzieć, ale pomóż mi wierzyć, że cierpię z Twojego powodu”.  W judaizmie cierpienie jest i nie jest karą za grzechy. To trochę skomplikowane. Bo niby powinnyśmy  obawiać się kary boskiej (istnieje przecież teoria, że Holokaust to kara wydana Żydom za nieposłuszeństwo Bogu), lecz z drugiej strony cierpienie powinno mieć znamiona hiobowe – nie łączyć się z winą konkretnej jednostki a oznaczać trwanie w probie, na którą wystawia nas Najwyższy. W tym kontekście cierpienie tylko pozornie pozbawione jest sensu (cierpi przecież niezawiniony) i oznacza poddanie się woli Boga, która to wola, wbrew pozorom, jest zawsze słuszna i ma swój cel.

     Chrześcijaństwo dodało do tego kotła motyw cierpienia jako wyższego upodobania (cierpię, bo cierpienie uszlachetnia, zbliża mnie do Boga, czyni podobnym Chrystusowi, daje odkupienie). Cierpiał Jezus Chrystus, wypowiadając na krzyży słowa: Eloi, Eloi lema sabahtami? <Boże, dlaczegoś mnie opuścił?>, cierpieli Apostołowie i pierwsi Chrześcijanie w starożytnym Rzymie rozrywani przez dzikie zwierzęta. Poprzez ból i cierpienie zbliżali się do Boga asceci, biczując swoje ciała, porzucając dobra materialne itp.

Nie trudno zauważyć, że pojęcie cierpienia ewoluowało – w judaizmie to przekleństwo, w chrześcijaństwie błogosławieństwo.

    No a mnie moje zapalenie piersi chyba niespecjalnie zbliża do Boga… Chociaż… chociaż… ciężko stwierdzić.

Stoicyzm i epikureizm

    Stoicy, dzięki pojęciu autarakii (samowystarczalnej cnoty), uniezależnili się od wszystkiego, co zewnętrze – innych ludzi, dóbr, sytuacji, także od cierpienia. Postulowano bowiem całkowite wyrzeczenie się negatywnych uczuć – afektów. Owe afekty takiej jak smutek, pożądanie, strach, nadmierna przyjemność prowadzą zawsze do cierpienia (pathos).

    W epikureizmie sprawa jest równie prosta – jest przyjemność i jest jej brak – przykrość. Każda przykrość jest cierpieniem, ale największe cierpienie bierze się ze strachu. Epikur wyróżniał cztery rodzaje lęków, prowadzących do cierpienia:

- lęk przed samym cierpieniem (wg niego można sobie poradzić z tym lękiem, mając świadomość, że cierpienie jeśli jest silne, to trwa krótko, jeśli trwa długo, to zazwyczaj nie jest silne – takie jakby rozciągnięte, uładzone…),

- lęk przed śmiercią i moje ulubione zdanie: Zło najstraszliwsze – śmierć, nie dotyka nas wcale, bo póki my jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy jest śmierć, nie ma nas,

- lek przed bogami (niweluje go pogląd, że bogowie nie ingerują w nasze losy, po prostu za daleko mieszkają ;)),

- lęk przed poczuciem niespełnienia (ja mam to często i Epikur radzi mi żyć zgodnie z moją naturą – rozumem. Ok, spoko, da się zrobić).

Blaise Pascal i jego trzcina

    Ten nowożytny filozof twierdził, że człowiek jest zawieszony pomiędzy sprzecznościami – dobrem a złem, prawdą a fałszem, przyjemnością a cierpieniem. A jako, że średnio tak wisieć w nieokreśloności, Pascal stwierdził, iż żywot ludzki jest ciężki, nędzny i tragiczny. Cierpienie więc jest dla człowieka stanem naturalnym, nie da się go uniknąć, bo zaprzeczy się własnemu człowieczeństwu. Znamy przecież ten aforyzm o trzcinie myślącej: Człowiek jest trzciną najsłabszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą. Nieco mgły, kropla wody starczy, by go zabić. Lecz niechby był zgnieciony przez wszechświat cały, to jeszcze byłby szlachetniejszy od tego, co go zabija: gdyż on wie, że umiera. Cała tedy godność nasza leży w myśli.” 

Artur Schopenhauer i straszna WOLA

     Mój ulubiony pesymista. Cały świat i ludzkie życie opiera się na WOLI. Z tym, że nie jest to ta chrześcijańska wolna wola, tylko jakaś ciemna, nieokiełznana siła, jakiś niezrozumiały pęd, na który składa się działalność przyrody i człowieka. Nie da się nad nią zapanować, nie da się jej zaspokoić. Każdy z nas ma jednak taką potrzebę i nieustannie do czegoś dąży. Ale nic z tego. Niemożność osiągnięcia żadnego celu sprawia, że życie staje się ogromnym cierpieniem, na które nic nie poradzi nawet śmierć samobójcza (bo potem, w zaświatach umęczymy się jeszcze bardziej, wola jest wszędzie, nawet tam i przybiera jeszcze groźniejszą postać).

     To tak króciutko moi kochani, bo o cierpieniu można pisać i pisać. Polecam w związku z tym ten tekst:

http://sokolski21mojpunkt.bloa.pl/2012/12/16/w-jaki-sposob-filozofia-ujmuje-role-cierpienia-w-zyciu-jednostki-i-wspolnoty-czyli-moja-praca-na-konkurs-filozoficzny/

      A ja czuję się już lepiej, cierpię mniej (jakoś tak zawsze pisanie mi pomaga). No i ten kojący widok… Czego chcieć więcej? Może gdybym nie była obłożona lodowatymi liśćmi kapusty o rzekomym działaniu przeciwzapalnym, byłoby niemal idealnie.

    Mój małżonek kochany z moim kochanym dzieciątkiem :)